Sportowe życie komandora Dmochowskiego

DSC_1806
Sportowe życie Adama Dmochowskiego, tarnowianina „z krwi i kości”, chociaż urodzonego w Chorzowie, to przede wszystkim wyścigi kolarskie. Był przez wiele lat cenionym arbitrem, sędziował najważniejsze imprezy w kraju jak Wyścig Pokoju czy Tour de Pologne, ale także prestiżowe toury zagraniczne. „Komandor” jak mówią o nim przyjaciele i znajomi miał jednak także inne pasje związane ze sportem, sam był kolarzem, występował na koszykarskich parkietach i narciarskich stokach, do dziś jest czynnym brydżystą. Postać to nietuzinkowa.

Wychowanek olimpijczyka

Jak sam przyznaje sportowego bakcyla połknął w szkole za sprawą swojego nauczyciela wychowania fizycznego – Miałem to szczęście, że był nim sam profesor Zdzisław Nowak, wspaniały lekkoatleta, mistrz i rekordzista Polski w skoku w dal, olimpijczyk z Amsterdamu z 1928 roku. Trenował z nami lekkoatletykę, graliśmy w siatkówkę i piłkę ręczną, zabierał nas na wyprawy narciarskie. To od niego zaraziłem się sportem i tak pozostało do dziś – mówi Adam Dmochowski. W szkole średniej rozpoczęła się także jego, trwająca do dziś, przygoda z brydżem sportowym. Lata szkolne minęły, ale sympatia do sportu bynajmniej nie. – Starałem się być aktywny. Sporo jeździłem na nartach, byłem nawet wicemistrzem Tarnowa w slalomie, skakałem z nieistniejącej już dziś skoczni narciarskiej na Górze Św.Marcina. W Tarnovii , w Unii, a także w zespole AZS Szczecin grałem w koszykówkę – dodaje. Ale sportem numer jeden stało się kolarstwo. – Pierwszy rower, to była zwykła „damka”, którą robiłem różne dziwne ewolucje na szkolnym boisku. W końcu wystartowałem na niej w wyścigu szosowym ulicą Lwowską, z centrum miasta na Rzędzin. Złapałem gumę, ale i tak na mecie zmieściłem się na podium. Wtedy zacząłem marzyć o prawdziwym, wyczynowym rowerze. Pracowałem przez całe wakacje i kupiłem taki używany marki „Wisła”. To już było coś. W końcu trafiłem do sekcji kolarskiej Unii, którą kierował wspaniały człowiek pan Roleski i zacząłem regularne starty. W jednym z sezonów w latach 50-tych zabrakło mi trzech punktów aby trafić do kadry narodowej. Nie mogłem tego przeżałować, bo członek kadry dostawał stypendium, profesjonalny rower, uczestniczył w obozach przygotowawczych. Startowałem nie tylko na szosie, ale także na torze. Dodziś pamiętam taki mecz kolarski na bieżni stadionu Unii w Tarnowie Kraków-Budapeszt, w którym uczestniczyłem.

etap 1 (70 of 95)
Mister Cookson pisze wiersz

Największą jednak przygodą sportową Adama Dmochowskiego była funkcja sędziego kolarskiego. Zaczęło się od złości. – Kiedyś na wyścigu w Oświęcimiu zająłem miejsce w czołówce i strasznie chciałem otrzymać nagrodę, a były nią jelenie rogi. Niestety sędziowie najwyraźniej nie zauważyli mnie na linii mety, bo nagrody dostali koledzy, których wyprzedziłem, a nie ja. Pomyślałem wtedy, że zostanę sędzią, aby na wyścigach nie było już takiego bałaganu. I tak się zaczęło. Dmochowski chociaż przez cały czas mieszkał w Tarnowie i nie mógł liczyć na wsparcie i dobre układ w warszawskiej centrali, przebił się do czołówki polskich arbitrów. Sędziował największe wyścigi: mistrzostwa kraju, na szosie i na torze, Wyścig Pokoju, Tour de Pologne, także zagraniczne jak Dookoła Szwecji, Dookoła Słowacji, prestiżowe wyścigi w Niemczech czy na Wyspach Brytyjskich. Zdobył sympatie i uznanie.

Po jednym z wyścigów znany angielski działacz, dziś prezydent Międzynarodowego Związku Kolarskiego UCI Brian Cookson napisał na jego cześć żartobliwy wiersz! Osobne miejsce na sędziowskim szlaku Adama Dmochowskiego ma związany nierozerwalnie z Tarnowem Wyścig Szlakiem Kurierów Beskidzkich. Przez kilkanaście lat jeździł na niego w roli sędziego, a w trudnym okresie po transformacji ustrojowej, na początku lat 90-tych był jego komandorem, czyli tak naprawdę organizował go od A do Z. – Udało nam się przywrócić mu międzynarodowy charakter, dzięki moim kontaktom z trenerem Milanem Bratovskym z Koszyc. W 1991 roku ostatni etap przebiegał także po szosach węgierskich. W tamtym sezonie nie otrzymaliśmy żadnej dotacji, ani z Wojewódzkiej Federacji Sportu, ani też z Polskiego Związku Kolarskiego. Trzeba było poszukać pieniędzy u prywatnych sponsorów, a przecież wiele firm dopiero zaczynało swoją działalność. Zbierałem więc nagrody od prywatnych osób, swoje fundowali też wójtowie i burmistrzowie miejscowości przez które jechał wyścig i w których rozgrywano lotne finisze lub premie górskie. Często było tak, że jechałem samochodem przed peletonem i odbierałem nagrodę dla walczących z tyłu kolarzy. Bardzo się cieszę, że po dłuższej przerwie wyścig został kilka lat temu reaktywowany. Jest inny, na pewno lepszy i ciekawszy. Przedtem był to wyścig właściwie dwóch krajów zasilany ekipami z innych państw socjalistycznych, a dziś wie o nim praktycznie cały kolarski świat. W peletonie tegorocznego Karpackiego Wyścigu Kurierów Adama Dmochowskiego, także zapewne nie zabraknie.

Robert Noga
Tygodnik TEMI, 27 stycznia 2015 r.